LPAG

LPAG

niedziela, 12 stycznia 2014

~ ROZDZIAŁ 6 ~

Zbudziły mnie czyjeś szepty. Jęknąłem cicho, a owe szepty ucichły.
- Kochanie, i jak się czujesz? – Usłyszałem z niedalekiej odległości ode mnie stłumiony głos mamy.
Sapnąłem cicho, budząc się i powoli otwierając oczy, rozejrzałem się po pomieszczeniu. Ze zdziwieniem zrozumiałem, że jestem we własnym pokoju, we własnym łóżku, przykryty własną kołdrą.
- Co ja tu robię? – Spróbowałem się podnieść, lecz szybko zrezygnowałem, czując nieprzyjemny ból zastygłych kości.
- Nawdychałeś się za dużo dymu, przeżyłeś szok i wybuch wtórny, co spowodowało, że zemdlałeś w ramionach lekarza. – Poczułem jej delikatną dłoń, odgarniającą kosmyki włosów z mojego czoła.
- Ile czasu spałem? – Odetchnąłem cicho i cierpliwie oczekiwałem odpowiedzi.
- Dwa dni. – Mama przyjrzała mi się uważnie i przysiadła na skraju łóżka, nie przestając mnie głaskać. Poczułem się znów jakbym miał siedem lat, był chory i stawiał mamę w bardzo niekorzystnej sytuacji.
- Co?! Ja… Ja przepraszam… Przepraszam, że oderwałem Cię od pracy… - Jęknąłem zrozpaczony i poderwałem się do siadu, co było błędem. Ciało zareagowało sprzecznie i mogłem odczuć jak wzdłuż kręgosłupa przechodzi bolesny prąd. Skrzywiłem się i krzyknąłem cicho.
- Kochanie? Co się stało? – Usłyszałem zaniepokojenie w jej głosie. Zagryzłem mocno zęby i pokręciłem przecząco głową.
- Nic… Nic takiego. Po prostu coś mi strzeliło. – Spróbowałem się uśmiechnąć, lecz zamiast tego wyszedł jakiś zdziwaczały grymas.
- No dobrze, w taki razie zostawiam was samych, pogadajcie sobie, a ja pójdę zrobić obiad. Zawołam was za jakąś godzinkę, dobrze? – Nachyliła się w moim kierunku i ucałowała delikatnie mój policzek, jakby bała się, że może sprawić większy ból. Uśmiechnęła się ostatni raz nim wyszła z pokoju.
Gdy drzwi się zamykały, zdałem sobie sprawę z tego, co powiedziała.
- Mamo?! Z kim pogadać?! – Nie usłyszałem nic innego, prócz niegłośnego trzaśnięcia drzwiami.
- Ze mną.
Otworzyłem szeroko oczy, słysząc dobrze znajomy głos. Potrząsnąłem głową, czując delikatne kłucie gdzieś w okolicach potylicy. Wziąłem parę głębszych wdechów i obróciłem głowę, gdzie siedział właściciel niezwykle denerwującego głosu.
- Co Ty tu robisz? – Zacisnąłem z wolna rękę w pięść i posłałem chłopakowi piorunujące spojrzenie.
- Siedzę sobie, nie widać? – Roześmiał się na widok mojej miny i założył nogę na nogę.
- Powtórzę pytanie: co Ty robisz w moim domu, a dokładniej w moim pokoju? Skąd żeś się tu wziął? Nie pamiętam byś był wtedy, kiedy szkoła wylatywała w powietrze. Czemu zawsze znikasz jak coś podejrzliwego się dzieje? A może to już mój mózg płata sobie figle i stara się mnie wysłać do wariatkowa? – Obrzuciłem Krisa lawiną pytań jakoś nie oczekując odpowiedzi na żadne z nich.
- Spokojnie Sherlocku. Wyszedłem z szatni zaraz po tobie. Myślałeś, że wyjdę stamtąd półnagi, by ludzie podejrzewali, że coś między nami zaszło? – Odparł, wstając z fotela i zbliżając się do mojego łóżka, na którym chwilę później przysiadł. Przyglądał mi się dłuższą chwilę, po czym wstał i wskoczył na łóżko, sadowiąc się na moich udach.
Automatycznie odchyliłem się do tyłu, sprawiając, że głowa zaliczyła bliskie spotkanie z zagłówkiem łóżka. Jęknąłem żałośnie, łapiąc się za pulsujące miejsce i patrząc złowrogo na blondyna.
- Co Ty wyprawiasz? Złaź ze mnie natychmiast pasztecie! Jesteś ciężki! – Napuszyłem policzki, schylając głowę i czując jak na buzię wypełzają rumieńce.
- Jeśli słyszałeś swoją rodzicielkę to dobrze wiesz, że mamy czas na pogawędkę. – Wymawiając ostatnie słowo, pokazał w powietrzu cudzysłowie i uśmiechnął się perfidnie.
- Jakbyś nie wiedział to ludzie rozmawiają ze sobą siedząc obok, bądź parę metrów od siebie, a nie centralnie na nich! – Oparłem ręce na jego torsie, starając go z siebie zepchnąć. Niestety, z powodu mojego osłabienia jakoś nie zrobiło to na nim wrażenia.
- Centralnie to jeszcze nie siedzę. Centralnie to by było na biodrach. Chcesz, żebym tam usiadł? – Obserwowałem jak zsuwa wzrok z mojej buzi, przez szyję i klatkę piersiową, brzuch, aż dociera spojrzeniem na krocze.
- YAH! – Szybkim ruchem próbowałem zakryć się kołdrą, lecz bezskutecznie. Ten bałwan siedział na niej i ani myślał się ruszyć. – Złaź!
- Nie.
- Złaź!
- Nie chce mi się.
- Złaź natychmiast!
- A co dostanę w zamian?
- Kopa w dupę! A teraz rusz ten swój kraciasty tyłek i spadaj stąd!
- Z przykrością dla ciebie, ale odmówię tak cudownej nagrody. Nie mam co robić, w sumie ty też nie masz. Z powodu tego jak wygląda szkoła nie ma zajęć. Dyrekcja pracuje nad tym, by w jak najszybszym czasie odbudować większą część tego, co zostało zniszczone. Poza tym, Dyrektor wraz z radą pedagogiczną zastanawiają się czy na ten czas nie rozlokować nas do innych szkół.
- A niech robią co chcą. Obym był jak najdalej od ciebie.
- Mam Ci przypomnieć, że jestem twoim podopiecznym i odpowiadasz za mnie?
- Możesz się zamknąć, wstać ze mnie, wyjść i pójść tam, skąd przylazłeś. – Warknąłem cicho, będąc już podirytowany jego obecnością.
- Mógłbym tak zrobić, ale gra się jeszcze nie skończyła… - Uśmiechnął się, łapiąc mnie za ramiona i powoli kładąc na poduszkach.
Zszokowany, poirytowany, a jednocześnie zaciekawiony wpatrywałem się w oczy Krisa, zupełnie się w nich zatracając. Na chwilę zapomniałem gdzie się znajduję, w jakiej sytuacji. Liczyło się dla mnie tylko to, co aktualnie widziałem. Poczułem się jakbym wnikał do jego wnętrza. Coś niepokojącego wsysało mnie do środka.
Otworzyłem szeroko oczy i rozejrzałem się, gdzie jestem. Słońce wręcz paliło po oczach, żar powietrza dawał się we znaki. Byłem na jakiejś polanie, gdzie nie było żywej duszy. Ptaki śpiewały, głosząc poranną pieśń, liście na drzewach spokojnie szeleściły, niektóre odrywały się od gałęzi i podążały szlakiem, który wyznaczał wiatr.
Wstałem powoli, otrzepując spodnie z trawy i ziemi. Rozejrzałem się czujnie dookoła, sprawdzając czy oby na pewno jestem sam. Żadnego dźwięku, głosu, ruchu. Nic, prócz dźwięków natury. Całą polanę otaczał las. Na południu jedynie było czysto. Żadnych drzew. Wyglądało trochę jakby ktoś zrobił przejście prowadzące do wyjścia z pułapki. Nie ociągając się dłużej, ruszyłem w owym kierunku. Przestrzeń okazała się być wniesieniem. Stąpałem powoli, nie chcąc się poślizgnąć na trawie pokrytej świeżą rosą. Gdzie byłem? Jak się tu znalazłem? Tego rodzaju myśli zaprzątały moją głowę. Wspiąłem się ostrożnie na szczyt i oniemiałem z szoku. Teraz już wiem skąd się wziął żar.
Stałem na wzniesieniu, oglądając jak miasteczko, wieś, czy cokolwiek to było, płonie. Wszystko zajęło się ogniem, od roślinności po rzeczy materialne, domy. Skupiłem swoje zmysły poczynając od słuchu. Usłyszałem wybuchy żaru, poczułem ledwo dobiegające do miejsca gdzie stałem wstrząsy, do moich nozdrzy doleciał zapach palonych ciał, świeżej krwi… Wzdrygnąłem się z obrzydzeniem. Stałem tam i patrzyłem jak wszystko zaczyna znikać pod kolejną falą ognia. Co tu się działo? Gdzie ja do chol… - Do moich uszu dobiegło czyjeś syczenie. Rozejrzałem się spanikowany i dosłownie parę stóp za mną ujrzałem unoszące się (bez żadnego ciała) gałki oczne, jarzące się czerwienią. Chwilę później zmaterializowała się pozostałość tego… czegoś.
Nie wiem jak to opisać. Widzieliście kiedyś yeti? To było coś a’la yeti z tym, że dwa, a może nawet trzy razy większe, bardziej umięśnione, futro gęste, przechodzące z ciemnego brązu na czerń, jak już wspomniałem oczy jarzące się czerwienią, długie kły jak u wampira, z tym, że na dolnej szczęce. Dyszał ciężko jakby przed chwilą stoczył jakąś większą bitwę. Charcząc, warcząc i plując jakąś czarną mazią, ruszył w moim kierunku. Instynkt podpowiadał mi bym uciekał, ale dokąd? Nie wiedziałem gdzie byłem, jak stąd się wydostać, a co dopiero uciec. Zamiast tego cofałem się, aż poczułem, że jeszcze jeden krok, a spadnę z pagórka. Przełknąłem powoli gulę w gardle i spojrzałem spanikowany na monstrum. Zatrzymał się jakieś sześć, siedem kroków ode mnie. Oczy przestały jarzyć się czerwienią. Można rzecz nawet, że gdzieś zaczęła zanikać aura potwora. Przypatrywałem się jak to coś zaczyna kształtem i prawie wyglądem przeinaczać się w coś na wzór człowieka. Gdy ostatnia ,,przemiana’’ dobiegła końca, nie mogłem wydusić z siebie słowa. Przecież on wyglądał dosłownie jak…!

- Suho, słyszysz mnie?!
Zamrugałem kilkakrotnie powiekami, wracając do żywych. Byłem znów w swoim azylu z Krisem siedzącym na moich udach. Odetchnąłem z wyraźną ulgą, ale nie mogłem wybić sobie z głowy tego, co przed chwilą widziałem. Nie chciałem się chłopakowi nic o tym wspominać. Jeszcze wziąłby mnie za jakieś świra.
- Coś się tak zamyślił? Mówiłem do ciebie chyba z dziesięć razy, aż musiałem krzyknąć. – Zaśmiał się cicho, ale widząc moją mimikę, zrzedła mu mina. – Co jest?
- Nic… Po prostu masz interesujący kolor oczu. – Zdając sobie sprawę z tego co powiedziałem, zamknąłem oczy, by w myślach naubliżać sobie.
- Mhm… Podobają ci się moje oczka? Nieprawdaż, że są cudowne? – Położył sobie ręce na policzkach, parokrotnie mrugając.
- Nie popadnij tylko w samouwielbienie. – Jęknąłem cicho, czując jak pośladki Wu Fana wbijają się boleśnie w moje uda. – Czy mógłbyś zejść? Nogi mnie już bolą.
- Pewnie, ale przed tym zrobię to.
Nie mam pojęcia skąd to wiedziałem, ale zasłoniłem usta Krisa własną dłonią, po czym drugą przywaliłem mu w nos, tak że spadł z łóżka.
- Masz za swoje. – Otrzepałem ręce i spojrzałem na chłopaka. No świetnie. Rozwaliłem mu nos…

7 komentarzy:

  1. zaraz dostaniesz kopa w dupę za nie wyjaśnianie niczego i pisanie takich tajemnic, że już sama nie wiem gdzie jest góra, a gdzie dół ;-;

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja się tylko spytam, co tu się do jasnej ciasnej dzieje? Z każdym nowym rozdziałem, coraz więcej tajemnic, a jeszcze trochę i zacznę sobie włosy rwać z głowy, bo nie mam zielonego pojęcia o co Krisowi chodzi.

    OdpowiedzUsuń
  3. Aigoo, o co tu chodzi? Ja już serio nie mam pojęcia, co się dzieje, dlaczego, po co, w jakim celu Kris siada Suho na udach...no racja, zaciekawiona to jestem na maksa, ale te mnożące się tajemnice, to ja już zaczynam poważnie wątpić, czy cokolwiek rozumiem ;; mam szczerą nadzieję, że jeśli jeszcze nie teraz, to niedługo zaczniesz wyjaśniać łosochodzi xd

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam wrażenie, że tylko nie ja zacznę komentarza od ''co tu się się dzieje/o co tu chodzi/cośwtymstylu'' tylko od krzyku moich biednych feelsów... Suho, czemu uderzyłeś Krisa?! (´;Д;`) On chciał tylko (tak podejrzewam, nie waż się niszczyć moich krishowych marzeń) buzi. (´・_・`)
    So... robi się coraz ciekawiej. Ta szkoła, teraz dzikie zaloty Krisa~ Cały czas mam cichutką nadzieję, że to nie skończy się wcale tak wcześnie, ale nie będę już się powtarzać.
    Weny, Arbuz-ssi!

    OdpowiedzUsuń
  5. Haha bardzo się uśmiałam przy tym rozdziale. Zaraz dostaniesz kopa w dupę . Leżę i nie wstaję xD
    Masz bardzo zabawny styl pisania, naprawdę :) Podoba mi się :) Nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów :)

    Zapraszam bardzo serdecznie do mnie. http://pod-sila-wiatru.blogspot.com/
    Ledwo co zaczynam, więc jest tylko prolog. Napisz koniecznie, co sądzisz o tym prologu :)
    Będę wdzięczna za komentarz ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zostałaś nominowana do Liebster Award. Więcej informacji na http://koreangirlsandboys.blogspot.com/2014/01/liebster-award.html

    OdpowiedzUsuń